środa, 13 grudnia 2017

Wyznania dietetyczki | Gdy pojawia się poczucie winy, którego być nie powinno...

Wiecie, jak to z nami jest? Dietetyk stoi w tłumie medyków, skacze i macha ręką, krzycząc: "halo, tu jestem! zauważcie mnie! ja też jestem ważny!", ale jak dotąd bez większego echa. Odnoszę wrażenie, że cała ta (na razie przegrywana) walka o regulacje prawne naszego zawodu trochę nas już wymęczyła...

Z jednej strony my, dietetycy, znamy swoje miejsce w systemie i w związku z tym chcemy poważania godnego zawodu medycznego, który bez wątpienia wykonujemy, ale z drugiej - chcemy tego doceniania tak bardzo, że często pozwalamy, by wymagało się od nas zbyt wiele, zapominając, co tak naprawdę do nas należy. Tak, mamy wiedzę stricte medyczną, ale nie, nie zawsze możemy z niej korzystać w sposób, jakiego coraz powszechniej oczekują od nas pacjenci. Jak się okazuje, granica między lekceważeniem i pominięciem a niezdrowym przecenieniem jest bardzo cienka. 


Dietetyk nie ma prawa diagnozowania jakichkolwiek jednostek chorobowych, a jednak powinien orientować się w ich objawach i algorytmach postępowania, którymi kieruje się lekarz. Dietetyk nie jest analitykiem medycznym ani laborantem, a jednak umiejętność korzystania z wyników badań jest dla niego koniecznością. Dietetyk nie jest farmaceutą, a jednak bez chociażby podstawowej wiedzy o lekach i suplementach diety, może poważnie zaszkodzić swojemu pacjentowi. W żywieniu dorobek naukowy wielu dziedzin jest jak na wagę złota.

Współpraca. W idealnym świecie wszystkie wyżej wymienione zawody współpracowałyby ze sobą, tworząc jeden zwarty zespół, ale niestety rzeczywistość jak na ten moment leży daleko od tej wizji. Mam nadzieję, że dożyjemy czasów, w których się to zmieni. Niemniej praca dietetyka już teraz ma wiele punktów wspólnych i powiązań z pracą lekarza, analityka medycznego, czy farmaceuty, ale to nie zmienia faktu, że w ostatecznym rozrachunku dietetyk żadnym z powyższych nie jest. Moja rola kręci się dookoła wielu aspektów, ale tylko (albo aż) dotyczących żywienia, takich jak np. dobór diety pod stwierdzony przez lekarza stan zdrowia w celu jego poprawy lub utrzymania. I to jest to, na czym się znam. W związku z tym pilnuję, by nie wychodzić poza swoje kompetencje, nawet jeśli miałoby to wpłynąć na rozczarowanie pacjenta, który jakby nie było, jest również moim klientem (a klient nasz pan?). I wtedy pojawia się to przeraźliwe poczucie winy, bo pacjent pyta, a ja nie mogę/nie potrafię/nie chcę odpowiedzieć.

De facto moja ewentualna niewiedza mi nie umniejsza, bo moje zadanie nie polega na stawianiu diagnoz, znajdowaniu przyczyny dolegliwości, ani już tym bardziej na ocenie czy leki zostały dobrze dobrane, ale pacjent, który przychodzi do dietetyka (w dodatku klinicznego!), powoli zaczyna oczekiwać podejścia na zasadzie full serwisu. "Chciałeś być postrzegany jako medyk? To teraz się nie żal". Chwila, ale to nie tak powinno działać... 

To, że wiem, jak diagnozuje się sto różnych chorób, nie znaczy, że mogę lub potrafię prawidłowo to zrobić (nie jestem lekarzem!). To, że nie znam wyrywkowo skutków ubocznych nadużywania danej substancji czynnej, która znajduje się w leku, który przyjmuje mój pacjent albo nie wymieniam ot tak wszystkich możliwych jego interakcji, nie jest skazą na moim "dietetycznym honorze", bo nie mam w obowiązku mieć wykutego na blachę całego pharmindexu (podejrzewam, że nawet farmaceuci go nie recytują!). To, że po otrzymaniu wyników badań pacjenta, proszę o skonsultowanie ich z lekarzem prowadzącym, nie jest sygnałem mojego niedouczenia, a właśnie tego, że znam swoje miejsce w hierarchii. Jestem tego świadoma i wiem, że odmawiając odpowiedzi na niektóre, zbyt daleko idące (czyt. wykraczające poza żywienie) pytania pacjentów, nie robię nic złego, wręcz postępuję słusznie, ograniczając się do swojej działki, a i tak dopada mnie poczucie winy. 

Bo co jeśli przez to pacjent niesprawiedliwie pomyśli, że jestem słabym specjalistą?
Łatwo się w tym zgubić, prawda?     

źródło: http://ptd.org.pl/zadania-zawodowe

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

wtorek, 15 sierpnia 2017

Czy wiesz, jak wygląda AKTUALNA piramida zdrowego żywienia?

Z piramidą zdrowego żywienia pierwszą styczność mają już dzieciaki w przedszkolach, natomiast przez kolejne lata szkolne spotykają się z nią przynajmniej kilkukrotnie. Co więcej - piramida zwyczajowo pojawia się to tu, to tam w przeróżnych czasopismach czy programach telewizyjnych, więc nic dziwnego, że to czym ona jest, bez wątpienia wiedzą osoby w każdym wieku. Jednak jeszcze nie do wszystkich zdążyła dotrzeć informacja, że w styczniu 2016 roku Instytut Żywności i Żywienia (http://www.izz.waw.pl) opublikował jej najnowszą wersję, tym samym wprowadzając kilka, można rzec, rewolucyjnych zmian w jej wyglądzie, a co jest z tym bezpośrednio związane - również w ogólnych zaleceniach, którymi powinniśmy się na co dzień kierować, planując swój jadłospis.
To, co rzuca się w oczy w pierwszej kolejności to nazwa - została rozszerzona o aktywność fizyczną. Już wcześniej nie zapominano o jej istotnej roli w poprawie, jak i utrzymaniu dobrego stanu zdrowia, ale wydaje się, że w nowej piramidzie ten wpływ został wręcz dodatkowo podkreślony.

Uwaga: warzywa i owoce awansowały!

Według nowych ustaleń podstawą piramidy są już nie produkty zbożowe, a warzywa i owoce. Należy zwrócić również uwagę na ich odpowiednie proporcje w ciągu dnia - 3/4 warzyw i 1/4 owoców (można to rozumieć na przykład w ten sposób: 3 posiłki zawierają warzywa, 1 posiłek - owoc). Nikt nie kwestionuje wartości odżywczych owoców, ale nie bez powodu nazywane są naturalnymi słodyczami. Oprócz witamin i minerałów w większości mają też sporo cukru - fruktozy - która w przeciwieństwie do glukozy nie pobudza trzustki do wydzielania insuliny, co może zaburzyć działanie ośrodka głodu i sytości. Przyjmowana w nadmiarze fruktoza pobudza apetyt, w konsekwencji czego jemy więcej, a to może się bezpośrednio przełożyć na wzrost masy ciała. Ponadto cukier owocowy (bo tak potocznie nazywana jest fruktoza) między innymi może spowodować pogorszenie się naszego profilu lipidowego (wzmożona synteza trójglicerydów, obniżenie "dobrego" cholesterolu, przy jednoczesnym podwyższeniu "złego"), a nawet stłuszczenie wątroby. Oczywiście, nie oznacza to, że należy całkowicie zrezygnować z owoców, a jedynie to, że sałatki owocowe zjadane dwa razy dziennie wbrew pozorom nie są najlepszym wyborem dla zdrowia.
Umiar to bardzo ważne pojęcie w dietetyce.

Niezmiennie piramida nawołuje do picia odpowiedniej ilości wody w ciągu dnia oraz ograniczania spożywania soli kuchennej. Co ciekawe, widzimy również filiżankę kawy, mimo że dawno temu w świadomości wielu z nas utarło się, że należy eliminować kofeinę, badania potwierdzają, że jej umiarkowane spożycie działa dobroczynnie na stan zdrowia, obniżając ryzyko zachorowania np. na Alzheimera czy chorobę Parkinsona. Warto zwrócić uwagę, że pojawiła się graficzna wzmianka o stosowaniu ziołowych przypraw (np. bazylia, oregano, zioła prowansalskie), które jak wiemy, są źródłem wielu minerałów i antyoksydantów, które chronią organizm przed starzeniem się, ale też przed nowotworami.

Starsza, nieaktualna już piramida zdrowego żywienia dla porównania.

Wbrew przeróżnym, często absurdalnym modom żywieniowym, promowanych w mediach, nadal zaleca się spożywanie przynajmniej 2 szklanek mleka dziennie, które równie dobrze można zastąpić jogurtem, kefirem, a nawet serem. Mleko i jego przetwory dostarczają nam wielu bardzo potrzebnych składników odżywczych takich jak: fosfor, potas, wapń (tym samym chroniąc przed osteoporozą), szeregu witamin, a także są dobrym źródłem białka. Obawa przed kazeiną i laktozą również nie powinna nas powstrzymywać przed spożywaniem nabiału (oczywiście, o ile nietolerancja nie jest zdiagnozowana przez lekarza lub nie wynika bezpośrednio z innego schorzenia). 

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

wtorek, 7 marca 2017

Trzy słowa, które zdemaskują "dietetyka-przebierańca"

Od jakiegoś czasu panuje burza w środowisku dietetyków (nie chcę nazywać tego wojną, bo to już chyba za duże słowo). Mianowicie osoby "z papierem", czyli po studiach, spierają się z tymi, które praktykują zawód, mając na swoim koncie tylko kursy lub roczne podyplomówki. Każda ze stron ma trochę racji, ale i bezpodstawne argumenty w dyskusjach też się zdarzają. Na ten moment wolałabym nie wchodzić w głębsze szczegóły ani opowiadać się jednoznacznie za jednymi, czy drugimi - na to przyjdzie jeszcze czas. Jednak myślę, że będziecie w stanie domyślić się, która grupa jest mi bliższa ze względu na postulaty, którymi się kierują.

Pssst... Dla lepszego zobrazowania sytuacji, spór przypomina odrobinę ten, który toczy się między naturalnymi kulturystami i tymi, którzy wspomagają się... pewnymi środkami.


Z jednej strony wierzę w bycie samoukiem i wiem, że niejednokrotnie szkoły/uczelnie wypuszczają z dyplomami totalne gnioty, a nie specjalistów, jednak z drugiej - uważam, że mimo wszystko należy mieć pokorę wobec tak medycznego zawodu, jakim jest dietetyk. Jest niebywała różnica pomiędzy zajmowaniem się nauką zdrowych nawyków jako edukator żywienia, a prowadzeniem pacjentów, którzy być może na pierwszy rzut oka mogą wydawać się mało skomplikowanymi przypadkami (bo co niby może być trudnego w odchudzaniu? a no, na przykład to, że taka osoba może mieć dodatkowo jakieś dosyć powszechne schorzenia typu Hashimoto, nadciśnienie, hipercholesterolemia, niedokrwistość... i co wtedy? samo ograniczenie kalorii nie wystarczy). 

Z dietetykami jest mniej więcej tak jak z lekarzami. Skoro nikt nie chce by leczył go ktoś, kto ściągał na egzaminach, dlaczego pozwalacie, by żywili was ludzie niewyspecjalizowani w tym temacie? Przecież jesteśmy tym, co jemy, a większość chorób cywilizacyjnych jest dietozależna i niejednokrotnie rozwijają się ze złego sposobu odżywiania. I żebyśmy mieli jasność - wcale nie neguję inspirowania się przepisami znalezionymi na forach czy w blogosferze, bo one są bardzo przydatne i chwała za nie wszystkim pasjonatom kulinarnym! Ale naprawdę przykro patrzeć, gdy motorem napędowym do otworzenia działalności jako "specjalista" i kasowania niemałych pieniędzy za plany żywieniowe jest przekroczenie kilkunastu tysięcy followersów na insta. Gdyby jeszcze te plany były dobrze skomponowane, pół biedy, ale niestety... Wierzcie mi, ładne zdjęcia jedzenia i z treningów na siłowni nie czynią jeszcze autorytetem. Tak samo jak bycie znanym aktorem/wokalistą/dziennikarzem/inną osobą publiczną, która zrzuciła zbędne kilogramy i napisała o tym książkę. Hitem jest Trybson z Warsaw Shore, który otwarcie przyznaje się, że nie ma stosownego wykształcenia, ale i tak promuje się jako "dietetyk online" (polecam zerknąć na jego instagram, a konkretnie na ramkę bio). Eeech...

A teraz tak totalnie z przymrużeniem oka! Jeśli jest dla was ważny poziom wiedzy osoby, w której ręce oddajecie swoje zdrowie, przedstawiam wam trzy słowa, prawdziwe drobnostki, które mogą pomóc wam zdemaskować dietetyka-przebierańca. Rozmawiając ze specjalistą, zwracajcie uwagę na szczegóły, bo to w nich kryje się prawda o jego alma mater (lub jej braku). Poniżej zestawienia "synonimów" - pojęć, których używa się w dietetycznym środowisku (na uczelni, konferencjach, szkoleniach...) i ich niepoprawnych odpowiedników, które utarły się w mediach oraz w powszechnym użyciu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...